Aktywny Triathlonuje w Singapurze


Relacja Artura Kaźmierskiego KM Aktywni Sochaczew:

Udało się. Planowany od ponad pół roku wyjazd na zawody triathlonowe w Singapurze został zrealizowany. Nie byłoby to możliwe gdyby nie obecność tam mojego kuzyna Michała, również tri-zakręcony u którego mogłem razem z córką spędzić parę dni niezbędnych do zaaklimatyzowania się po zmianie strefy czasowej. Oczywiście pożyczył mi swój rower bo jak na prawdziwego triathlonistę przystało posiada dwa- startowy i treningowy.

Nasza podróż rozpoczęła się w Amsterdamie, wylot o godz. 21.30, po 12 godzinach niezbyt spokojnego lotu(turbulencje) w Singapurze jest 16.30. Pierwsze wrażenie po wyjściu na zewnątrz z hali przylotów porównywalne z wejściem do naszej sauny pod basenem, gorąco i duszno. Michał uprzedzał. Po ulokowaniu się w jego mieszkaniu na 57 piętrze z widokiem na port idziemy delektować się azjatycką kuchnią. Uwaga, serwują bardzo ostro, a po kolacji zasłużony odpoczynek po długiej podróży. Następnego dnia pierwszy trening rowerowy w tropikach. Zrobiliśmy ponad 70 km wokół zachodniej części wyspy i właściwie objechaliśmy pół kraju, jest bardzo gorąco, ale dostarczając odpowiednią ilość płynów nie jest tragicznie. A właściwie im szybciej się jedzie tym lepsze chłodzenie. Następnego dnia bieganie bulwarem wzdłuż plaży, oprócz przegrzania organizmu innym realnym zagrożeniem są spadające kokosy. Nie tylko pod nogi trzeba patrzeć, ale i nad głowę. Dystans 10 km w tempie 6min/km znoszę całkiem nie najgorzej. Zostało mi jeszcze do przećwiczenia pływanie w oceanie, określiłbym je jako średnio przyjemne, słona woda przy prawie godzinnym treningu powoduje odruch wymiotny, fala niezbyt wysoka, ale i tak przeszkadza w złapaniu rytmu, czepiające się do ciała niewidoczne małe meduzy no i mimo zapewnień że rekinów tam nie ma i tak z niepokojem zerkałem za siebie czy płetwa mnie nie goni. No dobra nie ma co narzekać, warunki dla wszystkich będą jednakowe. Do zawodów pozostało tydzień czasu, a że postanowiłem potraktować je na luzaka (czyli zaliczyć ) odpuszczam mordercze treningi i cały ten czas przeznaczyliśmy na zwiedzanie łącznie z trzydniowym wypadem do Bangkoku. Wrażeń moc, zdjęć jeszcze więcej. Wracamy z Tajlandii w piątek po południu, z lotniska od razu na spotkanie organizacyjne gdzie w istocie regulamin zawodów jest przedstawiony przez prowadzącego w formie ustnej. Najważniejsze to zachowywać 10 metrowy odstęp pomiędzy rowerami oraz czas na wyprzedzanie 20 sekund. Za złamanie tych zasad kara 10 min postoju. Rejestruję się w biurze zawodów, odbieram pakiet startowy(dość wypasiony), przy okazji pasta party w formie dobrze zaopatrzonego szwedzkiego stołu. Wyczuwa się już w powietrzu, że szykuje się wielkie triathlonowe święto dla 1500 triathletów z całego świata, nasz kraj reprezentuje trzech zawodników. O randze zawodów niech świadczy fakt że są one kwalifikacją do mistrzostw świata w Los Angeles na dystansie połówki ironmana. W czołówce szykuje się konkretna rywalizacja. Następnego dnia zostaje nam tylko nasze rumaki do boksu strefy zmian powstawiać, przed wejściem kontrola techniczna, sprawdzają działanie hamulców. Jeszcze jedno ważne zadanie na sobotę-porządnie się wyspać, bo pobudka o 4 rano. Niestety nie jest to łatwe, tysiące myśli kołacze się po głowie, adrenalina skacze, jak tu spać? I jeszcze ta czarna płetwa. Będę zmuszony bardzo szybko płynąć.
Dzień zawodów. Pobudka o czwartej, naciągam strój startowy i wciągam śniadanie energetyczne. Spakować wszystko-dużo tego. Dojeżdżamy na miejsce taksówką, jeszcze ciemno. Musimy jeszcze odbyć rytuał pieczętowania numerów startowych, następnie dostajemy się do naszych rowerów rozkładamy sobie cały kram w odpowiednie miejsca, kask, okulary, bidony (ja mam 5szt po 0,7litra, SERVELO wygląda jak bombowiec), buty na rower, buty do biegania, batony własnej produkcji, opaska z nr startowym, banany , jeszcze powietrza dodmuchać w koła, ma być 10bar. O godz. 6.45 wypraszają wszystkich z boksów, o 7.00 startuje elita, musi być dla nich wolna przestrzeń bo prędkości mają zawrotne. Poszczególne kategorie wiekowe startują w odstępach co 5min. Ja się rzucam w objęcia oceanu o godz. 7.50, Michał 5min wcześniej, wyglądamy wszyscy jak rozbawiona dzieciarnia na koloniach pierwszy raz w życiu widząca morze. Wiem że Michała już nie dogonię, jego przewaga będzie się tylko powiększać. Pierwsze wrażenia w wodzie- bardzo słono i mało miejsca na machanie rękami, co by się działo gdyby wszystkich jednocześnie wpuścili do wody. Jakoś się przebijam do przodu, po paru minutach jest już swobodnie. Po pierwszej pętli wybiegamy na brzeg, by po przepłukaniu gardła słodką wodą i złapaniu kilku głębokich oddechów rozpocząć drugą pętlę. Na całym dystansie 1900m zaatakowały mnie tylko trzy szczypiące meduzy, które musiałem strząchnąć. Niegroźne, ale wybija z rytmu, niektórzy wychodzili z wody cali w czerwone plamy. Po jakimś czasie znikały. Po wyjściu na brzeg przebiegam przez wodną kurtynę, żeby się ze słonej wody opłukać i dopadam do mojego bombowca. Zerkam w kierunku boksu Michała-pusto, a jakże. Zakładam buty, kask, okulary i nr startowy na opasce, zdejmuję rower ze stojaka i wybiegam ze strefy zmian. Zamierzam go dosiąść a wolontariusz upomina mnie że dopiero za żółtą linią, która jest za 50m. Biegnę dalej, i chcę jak najszybciej rozpocząć moją ulubioną część triatlonu czyli rowerowanie. Jest, wpinam buty i wyjeżdżam na długą prostą zacienioną przez tropikalne drzewa. Mam do pokonania 3 pętle po 30 km, oczywiście obowiązuje ruch lewostronny, trzeba wyjątkowo przy wyprzedzaniu uważać i pilnuję się, żeby odpowiednie odstępy zachowywać, bo sędziowie na motorach jeżdżą. Po 15 km, na odcinku trasy gdzie zawodnicy jadą naprzeciwko siebie Michał mnie wypatrzył i krzyczy żebym się tak nie ociągał. Robię co mogę, a i tak jego przewaga wzrosła już do 10 min. Michał i jego FELT wyglądają razem jak jeden zespół, tak jak powinien wyglądać zawodowy triathlonista. Słońce przypieka coraz mocniej, z bidonów systematycznie ubywa (najlepszy jest świeży sok z trzciny cukrowej), ale mi się jedzie całkiem nieźle. Po 60 km patrzę na zegarek i wnioskuję, że wykręcę czas poniżej 3 godzin, zastanawiałem się nawet czy nie zwolnić bo na bieganiu będę wypluty, ale nic to, napieram równo. Na końcu pętli córka ustawiła się z aparatem, cyka parę fotek i oczywiście również przypomina mi, że to zawody a nie jakaś przejażdżka. Gdy zaczynam trzecią pętlę widzę jak wzdłuż morskiego bulwaru najlepsi z najlepszych rozpoczęli część biegową, mi została jeszcze godzina jazdy, a oni za godzinę będą na posiłku regeneracyjnym. Jadę dalej i mimo coraz większego upału nie jest źle, najgorsze dopiero przede mną. Pod koniec trasy na sto metrów przed zejściem z roweru wolontariusze upominają żeby zwolnić nieco bo sporo zawodników się najechało i każdy po rowerze ma kłopoty z utrzymaniem prostolinijnego kierunku ruchu. Zmierzamy do strefy zmian żeby zostawić rower i kask, zmienić buty i rozpocząć najcięższą część triatlonu, zostało przebiec półmaraton. Łapię z torby banana na drogę i wybiegam na nabrzeżną aleję zacienioną przez palmy. Na początku biegnie mi się ciężko bo mięśnie zastałe na rowerze muszą się rozruszać. Po dwóch km jest już znośnie tylko niestety ktoś zapomniał palm dosadzić i odcinkami biegnie się na otwartym słońcu, przypieka niemiłosiernie, spoglądam w górę, lampa dokładnie nade mną, zero cienia, jak na równiku. Do piątego km jakoś biegnę, ale później niestety jest coraz gorzej, gdyż zmęczenie i pogoda dają się we znaki. Punkty żywnościowe i gąbki z wodą są dość gęsto rozstawione tudzież mocno oblegane, nie zauważyłem żeby ktoś odważył się je ominąć. Córka również pilnowała żeby mieć coś do picia gdy koło niej przebiegam. No dobra, przyznaję się, poległem, nie ma sił na bieg, zostaje truchtanie pomieszane z marszem, zresztą czas mówi sam za siebie. W końcówce ostatnie kilometry próbuję wykrzesać resztki sił i staram się biec, a na ostatniej prostej przed metą spiker łamaną angielszczyzną wymienia imię i nazwisko oraz kraj z którego przybył zawodnik(niezapomniane wrażenia). Michał już od godziny na mnie czeka za metą, a ja muszę coś zjeść, koniecznie coś co smakuje inaczej niż banan, gdzie ten szwedzki stół. Kierujemy się do ogromnego namiotu, a tam pełny przekrój potraw, dużo i smacznie. Konsumujemy i opowiadamy pierwsze wrażenia a za chwilę wyjaśnia się dlaczego było tak parno i gorąco. Rozpętała się niesamowita tropikalna burza z ulewą jakiej nigdy nie widziałem. Ściana wody. Wielu zawodników jest jeszcze na trasie. Po krótkim odpoczynku gdy deszcz trochę zelżał wracamy na rowerach 15 km od domu.
Mój czas 6.46.52 o osiem min. lepszy niż rok temu w Suszu i o jedną min. gorszy od startu w Borównie traktuję w tych warunkach klimatycznych jako zwyżkę formy przy okazji niezłej zabawy.
Podziękowania dla Sary, Michała i Macieja.