Emanuel o Łowickim Półmaratonie


Mój pierwszy półmaraton

28 września 2003 roku postanowiłem przebiec po raz pierwszy dystans półmaratonu, czyli 21097,5 m. Decyzję o starcie podjąłem po zakończeniu swojej „kariery” w biegach sprinterskich. Do biegu przygotowywałem się 2 tygodnie. To bardzo mało jak na tak długi i wyczerpujący bieg. Pierwszy tydzień trenowałem bardzo ostro, starając się wykonać na treningach jak najwięcej kilometrów. Tydzień przed startem poświęciłem na lżejsze ćwiczenia biegowe i regenerację sił.

W dzień biegu obudziłem się kilka minut po ósmej. Od razu sprawdziłem, jaka jest aura. Było całkiem nieźle jak na bieganie. Termometr wskazywał 15 stopni. Niebo było pochmurne, ale nie zapowiadało się na deszcz. Szybko zjadłem lekkostrawne śniadanie i udałem się na stadion, gdzie o 11:15 miał rozpocząć się bieg.

Organizacja zawodów była bardzo sprawna, dlatego też bez problemu załatwiłem formalności związane z moim startem. Po opłaceniu startowego, które było dość drogie (35zł), otrzymałem: chip, którego zadaniem było dokładne mierzenie czasu (pierwszy raz biegałem z tym przyrządem), numer startowy i kartkę za którą po biegu otrzymuje się obiad.

Na rozgrzewce łowiccy długodystansowcy byli zaskoczeni faktem, iż o 180 stopni postanowiłem zmienić swoje hobby. Zadawali mi mnóstwo pytań między innymi, jaki czas chcę nabiegać, na jakie miejsce liczę na mecie. Na pytania te nie znałem odpowiedzi, ponieważ zależało mi tylko na sprawdzeniu siebie i swoich możliwości. W końcu to był mój debiut na tym dystansie!

Wkrótce rozpoczęło się oficjalne otwarcie zawodów. Przemawiał Burmistrz Miasta, który poleciłby minutą ciszy uczcić pamięć, zmarłego niedawno Zdzisława Krzyszkowiaka - wielokrotnego reprezentanta Polski i medalisty Igrzysk Olimpijskich, honorowego gościa zeszłorocznego biegu. Po przemówieniu razem z sześćdziesięcioma sześcioma rywalami udałem się na start.

Zaczęło się zgodnie z planem o 11:15. Na linii startu sędzia główny przypomniał przebieg trasy, powiedział jeszcze o bufecie na trasie, który umiejscowiony był co 4 kilometry. Potem był już tylko strzał i wszyscy ruszyli. Na początek dwa okrążenia po stadionie. Zacząłem wolno, nie forsowałem się, biegłem razem z klubowym kolegą – Sylwkiem. Po 3 kilometrach biegliśmy już w grupce 5 zawodników. W kilka osób biegnie się raźniej i dużo łatwiej utrzymać tempo. Pierwsze 5 kilometrów upłynęło bez żadnych problemów. Moja grupka wciąż się trzymała. Na 7 może 8 kilometrze zostało nas tylko 3. Na 10 kilometrze miałem dobry jak na pierwszy raz międzyczas 42.53 minuty. W czasie tego okrążenia byłem dublowany przez późniejszego zwycięzcę łowickiego biegu.

Mimo to czułem się świetnie, żadnych komplikacji, ale trwało to tylko do 13 kilometra. Mój organizm nie wytrzymał wciąż narastającego tempa narzucanego przez zawodnika z Kalisza. Złapała mnie kolka. Ból był tak silny, że musiałem się na moment zatrzymać. Próbowałem biec i starać się dogonić oddalającą stawkę. Niestety nie mogłem, pozostało mi tylko czekać aż organizm trochę ochłonie i kontynuować bieg. Przez chwilę miałem nawet ochotę opuścić trasę, ale postanowiłem nie poddawać się. Tymczasem czas upływał, a mnie wyprzedziło około 6 zawodników. To w sumie i tak mało bo wcześniej nasza grupka wypracowała sobie sporą przewagę. Z tym przeklętym bólem wojowałem jeszcze przez 4 kilometry, na szczęście po 400 metrowym spacerze poczułem się lepiej i mogłem kontynuować swój debiutancki bieg, ale już nie w takim tempie jak na początku.

Na ostatnim okrążeniu siły wróciły. Dogoniłem nawet swojego klubowego kolegę, który jak się okazało również przechodził poważny kryzys, nawet jeszcze większy od mojego. Udało mi się wyprzedzić go jeszcze o około kilometr. Na ostatnich metrach (na stadionie) wyprzedziłem jeszcze dwóch rywali. W geście triumfu wzniosłem ręce w górę i przekroczyłem linię mety.

Spojrzałem na czas 1;32;20. Całkiem nieźle, choć bardzo zależało mi na złamaniu półtorej godziny. No cóż, „pierwsze koty za płoty”. Gdyby nie ten kryzys - wynikający przede wszystkim z niedotrenowania - wynik byłby z pewnością dużo lepszy.

Kiedy wszyscy zawodnicy przekroczyli metę, podano dokładne wyniki. Muszę przyznać, że zadebiutowałem całkiem nieźle. Zająłem ogólnie 25 miejsce, wśród mężczyzn byłem 23, w kategorii wiekowej 20 – 30 lat 15, a w prestiżowej dla mnie klasyfikacji - najlepszego Łowiczanina 4.

Wspomnieć trzeba też o łowickiej publiczności, której doping pomagał wszystkim biegaczom nie tylko na pierwszych i ostatnich metrach na stadionie, ale również na całej trasie, zwłaszcza w Alejkach Sienkiewicza i najtrudniejszym odcinkiem trasy – Łąkach (ul. Kaliska).

Po biegu organizatorzy zadbali o to, by nikt z Łowicza nie wyjechał głodny. Zorganizowali bardzo dobry i obfity obiad. Oddając numery startowe i cenne chipy każdy otrzymał mnóstwo drobnych upominków. Sprawiły mi one wiele radości.


Emanuel Zimny.

Tekst był i jest nadal publikowany na www.maratonypolskie.pl.