Jestem ultramaratończykiem. Emanuel Zimny - Krynica 11.09.2010r.


Kilka lat temu, kiedy zacząłem bawić się w biegi uliczne, moją uwagę przyciągały dosyć dziwne konkurencje tj. biegi 12 i 24 godzinne, oraz te rozgrywane na nietypowych dystansach, jak 50 czy 100 kilometrów. Przez lata „ubijałem asfalt” na 5, 10, 15 km i w tych moich ulubionych półmaratonach …i wciągało mnie jeszcze dalej. W końcu pobiegłem maraton – to była ogromna duma i satysfakcja.

Apetyt rósł, w miarę jedzenia postanowiłem „przełamać się” i biegać to, czego nie lubiłem w wieku młodzika i juniora – przełaje. W końcu i one przypadły mi do gustu, co skłoniło mnie do startu w ekstremalnych biegach jak np. Bieg Pustynny, czy Bieg Katorżnika. Potem urodził się pomysł by zostać ultramaratończykiem. By przekroczyć maratońską barierę 42,195 km i pobiec dalej… dużo dalej. Zależało mi też na czasie by dokonać tego jeszcze przed trzydziestym rokiem życia.

Na początku roku 2010 moją uwagę przykuł Bieg 7 Dolin na dystansie 100 kilometrów w ciężkim górskim terenie Beskidu Sądeckiego. Niestety majowe powodzie i klęska, jaka dotknęła Krynicę Zdrój i okoliczne tereny sprawiły, że plany startu trzeba było przełożyć na wrzesień.

W dniu 11 września 2010 roku punktualnie o godzinie 3.00 z Krynickiego deptaku razem z 58 zawodnikami wyruszyłem na najtrudniejszy w Polsce i jeden z najtrudniejszych w Europie ultramaraton na dystansie 100 kilometrów. Zadziwiło mnie, że o tak wczesnej porze oprócz zawodników pojawili się kibice, którzy dobrym i miłym słowem zachęcali do biegu, w ten deszczowy i mglisty środek nocy.

Jak na debiutanta przystało popełniłem kilka błędów tj. nie wziąłem ze sobą latarki, nie miałem żadnych ubrań na zmianę na tzw. „przepaki”.

Pierwsze 1500 metrów to bieg ulicami miasteczka przy asekuracji straży, policji i innych służb odpowiedzialnych za fachowe zabezpieczenie trasy. Po kilometrze – szok – tempo biegu 4.30/km. Przestraszyłem się trochę. Mając maratońskie doświadczenie wiedziałem, że duże tempo biegu na początku jest zabójcze na końcu, lub grozi poważnym kryzysem w środkowej części dystansu. Wiedziałem, że muszę zwolnić, lecz nie mogłem, nie miałem latarki. Musiałem trzymać się „świecącej grupy”. Samotny bieg w ciemnościach i mgle po górskich szlakach groziłby narażeniem życia.

Tym samym sześcioosobową drużyną zaczęliśmy zdobywać pierwszy szczyt, Jaworzynę Krynicką (1114 m npm.). Po ok. 90 minutach szczyt był nasz – a to przecież dopiero 10 kilometr biegu. Grupa nie była zadowolona, wszyscy liczyliśmy na troszkę lepszy rezultat. Błąd na trasie i zejście ze szlaku, a następnie powrót na niego, kosztował nas ponad 10 cennych minut. Cóż mgła i ograniczona w ciemnościach widoczność do 10, w porywach 20 metrów, wzięła górę na baczną obserwacją szlaku.

Po Jaworzynie Krynickiej czekał mnie kolejny szczyt – troszkę niższy, lecz bardziej wymagający – Runek (1080 m npm.). 14 kilometr biegu. Potem z górki. Strasznie ślisko – upadek, całe szczęście bez większych konsekwencji. Wiedziałem już, że na zbiegach nie da się dużo nadrobić, taktyka „puszczenia nóg” (świetnie sprawdziła się w Biegu Pustynnym) na pewno się nie powiedzie. Zacząłem robić się głodny. Organizm odczuwał już pierwsze skutki odwodnienia. Nadal ciemno. Nie mogę odłączyć się od grupy.

Wspólnymi siłami po ok. 3 godzinach docieramy na Halę Łabowską. 22 kilometr biegu. Upragnione miejsce bufet i pierwszy pomiar czasu. Dowiaduję się - jestem 20. Zjadam z półkilograma bananów, zagryzam rodzynkami, wypijam litr herbaty, zabieram izotonik i ruszam dalej. Po chwili dochodzę do kilku biegnących zawodników. Zaczyna świtać, mgła nadal się utrzymuje. Mogę już spokojnie odczytać znaczniki na szlakach. Narzucam pomału swoje tempo biegu, a w zasadzie zbiegu do miejscowości Rytro. Odłączyłem się od grupy.

Na 35 kilometrze w Hotelu Perła Południa, melduję się po ok. 4 godzinach. Na razie wszystko ok. mam ponad 2 godziny przewagi nad limitem czasu wynoszącym w tym miejscu 6 godzin. Organizm chce jeść a tu tylko picie. Dobrze, że zachomikowałem kilka ciastek w kieszeni wychodząc z domu. Krótki odpoczynek i ruszam w dalszą drogę. Cel Hala Przehyba (1173 m npm).

Dochodzą mnie rywale – trzymamy się razem. Pojawia się ogromny kryzys. Coraz mniej biegnę, nie potrafię zmobilizować się na wykorzystanie krótkich prostych odcinków szlaku. Po kilkunastu minutach kryzys pomału mija, a ja znajduję się na trzecim punkcie kontrolnym na 50 kilometrze. W końcu normalne jedzenie. Słodkie bułki, mnóstwo soku i izotoniki po ok. 5 minutach przerwy stawiają mnie na nogi. Wraca siła, energia, chęć walki, rośnie motywacja. Od tej pory już z każdym krokiem do mety coraz bliżej.

Zaczyna się moje „drugie życie” w tym biegu. Odrabiam straty. Do kolejnego postoju w Piwnicznej Zdroju mam 12 kilometrów. Idę i biegnę jak w transie po drodze wyprzedzam 7 rywali. Zdobywam przy tym Radziejową (1262 m npm.) i Eliaszówkę (1024 m npm.). Na zbiegu do Piwnicznej znowu upadam i tym razem również bez szwanku. Za Eliaszówką gubię szlak. Całe szczęście, że szybko się zorientowałem i wróciłem na właściwą drogę.

Po ok. 9 godzinach dobiegam do czwartego punktu żywieniowego. 64 kilometr już za mną. Jestem w limicie czasowym – super. Krótka i miła rozmowa z Ratownikami Górskimi i ruszam dalej na Wiercholmę Małą. Po drodze mijam Łomnice – Zdrój, Wiercholmę Wielką. W końcu docieram. Tradycyjnie na max korzystam z bufetu. Cieszę się, 79 kilometr zaliczony. Jeszcze tylko półmaraton, gdzieś tam rodzi się myśl w mojej głowie. Od strażaka odpowiedzialnego za ten „przepak” dowiaduję się, że z biegu zrezygnowało już 10 osób.

Ruszam dalej. Droga do Szczawnika wiele mnie kosztuje. Najbardziej dają popalić zbiegi. Stopy i kolana bolą niesamowicie. Dochodzi do tego jeszcze zachowanie ostrożności na bardzo śliskiej nawierzchni. Do ostatniego punktu żywieniowego i pomiaru czasu do Bacówki nad Wiercholmą (88 kilometr biegu) trafiam mocno zmęczony.

Regeneruję siły zjadając głównie pączki i rodzynki. Tradycyjnie izotonik w rękę i „lecę” dalej. W Bacówce na duchu podtrzymują mnie organizatorzy. „Jeszcze tylko jeden podbieg”, „3 kilometry i do końca z górki”, „Jak się sprężysz to za 90 minut będziesz na mecie”. I tak też było. Z Bacówki po raz drugi w tym dniu zaatakowałem Runek (1080 m npm) i potem już zbieg. W pewnym momencie usłyszałem jak echo niesie głos spikera informujący o wbiegnięciu kogoś na metę. Wiedziałem że jestem blisko, po chwili zobaczyłem drogę wiodącą na deptak w Krynicy. Zapomniałem się, rozluźniłem na zbiegu nogi i zaliczyłem trzecią wywrotkę.

Ostatnie 600 metrów biegłem niemal że sprintem. Sam nie wiem skąd jeszcze była na to siła i energia.

Szczęśliwy przekroczyłem linię mety jako 15 z 47 którzy ukończyli, a na starcie było nas 58. W kategorii wiekowej do lat 30 uplasowałem się na 3 pozycji.
Bieg wygrał Adam Długosz z czasem 11.17.55, w śród pań triumfowała Izabela Cieluch z wynikiem 15.56.25.

Wynik 15.31.57 daje mi ogromną satysfakcję. Tym bardziej że został uzyskany w ekstremalnych warunkach, przy dość niskiej temperaturze, słabej widoczności, przejściowych ale intensywnych opadach deszczu i na szlakach, które miejscami przeobrażały się w górskie potoczki.

Warto zaznaczyć że w biegu 7 Dolin wystartował również Krystian Ciesielski KM „Aktywni” Sochaczew. Niestety po 60 kilometrach dobrowolnie opuścił trasę wskutek wcześniej popełnionych błędów.

Emanuel Zimny. KM „Aktywni” Sochaczew