Maciej o I Maratonie Pokoju


Wspomnienie z I Maratonu Pokoju

W 1979 roku byłem podchorążym dęblińskiej "Szkoły Orląt", miałem 20 lat i grałem w III ligowych "Orlętach" Dęblin w koszykówkę. Jednak ciągnęło mnie do długiego biegania. Nie bardzo podobało się to mojemu trenerowi koszykówki, ale na niewiele się to zdało. Wcześniej przed wybuchem fali wielkiego biegania w Polsce wystartowałem amatorsko, bez większego powodzenia, w dość profesjonalnym Maratonie Trybuny Ludu (w Otwocku) na dystansie 21 km. Wtedy, tzn. przed pierwszym Maratonem Pokoju, nie było zbyt wielu okazji do biegania maratonu. Pamiętam jedną z pierwszych warszawskich imprez biegowych - Bieg Syrenki na Polach Mokotowskich i Bieg Warsa i Sawy w Pomiechówku. Ale na fali wielkiego entuzjazmu wywołanego przez kilku ludzi w tym Tomasza Hoppera, Janusza Kalinowskiego, Panów Węgrzyna i Zaręby ruszyła lawina, która do dzisiaj nie zatrzymała się. Mało tego, z wielkim zdziwieniem widzę po 30 latach systematycznego biegania, że kolejna fala mody na bieganie jest większa od tej pod koniec lat siedemdziesiątych. Pod koniec sierpnia startowałem z żoną w biegu na 10 km w Warszawie, w którym wystartowało około 15 tysięcy biegaczy. Niebywałe! I to w Polsce. Wracając do I - szego Maratonu Pokoju to na starcie spotkało się prawie 2 tysiące osób w większości kompletnych nowicjuszy. Z Dęblina wybrało się nas chyba ośmiu podchorążych. Byli to ludzie w większości bez żadnych doświadczeń w długim bieganiu. Liczyli na spotkanie z przygodą. Noc spędziłem na kwaterze prywatnej u jakieś staruszki w blokowisku na Bródnie. Zostałem tam skierowany przez biuro kwater na Dworcu Wschodnim (coś takiego kiedyś funkcjonowało). Nie bardzo wiem, dzisiaj taka forma znalezienia noclegu jest jeszcze możliwa. Po nocy spędzonej w całkiem znośnych warunkach zjawiłem się w okolicach Stadionu Dziesięciolecia, gdzie rozgrzewała się wielka grupa ludzi. Dla mnie obytego ze sportem do tej pory całkowita nowość. Start zorganizowano pomiędzy koroną Stadionu Dziesięciolecia a Wisłą. Wtedy jeszcze nie było na stadionie "Największego jarmarku w Europie". Dzisiaj trudno w to uwierzyć. Pamiętam odliczanie i wielki entuzjazm tego pierwszego, tak dużego tłumu biegaczy w Polsce. Większość przed maratonem kupowała Sztandar Młodych i chyba tygodnik ITD, gdzie można było znaleźć wiele użytecznych informacji o maratonie. Trasa została wytyczona wzdłuż Wisły Wałem Międzyszyńskim, następnie Traktem Lubelskim do Wawra do kolejki otwockiej, następnie wzdłuż torów mijając Radość, Falenicę, Józefów do Otwocka i powrót do Stadionu Dziesięciolecia przez Wał Miedzyszyński. Ja na fali entuzjazmu, na skrzydłach pobiegłem - oczywiście jak większość maratończyków - zbyt szybko. Nie bardzo wiedziałem co się wokoło mnie dzieje. Nogi mnie same niosły. Na 20stym kilometrze zobaczyłem czas - 1 godzina 15 minut. Nie bardzo wiedziałem, co to znaczy, ale bardzo szybko się dowiedziałem, bo od 25tego kilometra powietrze zeszło ze mnie zupełnie. Pamiętam, jak na tamte czasy na stołach z napojami i gąbkami znalazły się nawet kawałki pomarańczy, kostki cukru i jakieś napoje. Przypominam sobie też kostki czekolady, ale nie jestem pewien. Mój dalszy bieg a raczej marszobieg polegał na docieraniu do kolejnego „popasu” na takim punkcie, gdzie uzupełniałem płyny i zagryzałem cukrem i wszystkim, co tam znalazłem. I tak półświadomie, jak podczas wyprawy górskiej alpiniści, starałem się walczyć ze skurczami, które pojawiły się po 30stym kilometrze i co jakiś czas powracały. Kolejne kilometry to już walka nie z przeciwnikiem, a z samym sobą. Z ostatnich 10ciu kilometrów niewiele pamiętam. Ostatecznie dotarłem na metę z czasem 3 godziny 15 minut. Dla mnie wtedy wydawało się, że to był słaby wynik. Po latach przekonałem się, że wiele lat upłynęło do pobicia tego mojego pierwszego rekordu, uzyskanego w pierwszym moim maratonie. Na okrasę pozostał jeszcze fakt, że byłem pierwszy z dęblińskiej grupy biegaczy amatorów. Że amatorów świadczy fakt, że nikt z licznych oficerów cyklu WF w WOSL nie wybrał się z nami. Nawet dla nich był to wtedy jeszcze dziwny sport. Zdjęcia na trasie robił nam najlepszy w historii "Szkoły Orląt" sprinter, kolega z roku, podchorąży Mirek KRECH, członek reprezentacyjnej sztafety przygotowującej się na olimpiadę w Moskwie. Mirek na 100 metrów wtedy biegał w czasie 10,5 sek. (mistrz Polski juniorów na 100 m). Ja miałem najmniej zdjęć z trasy biegu, bo Mirek nie zdążył dojechać na półmetek w Otwocku (kolejką otwocką) i zrobił zdjęcia kolejno przebiegającym kolegom, którzy biegli kilkanaście minut za mną. Myślę, że nie będę oryginalny i podpiszę się pod głosami, że Maraton Pokoju (dzisiaj Warszawski) ukształtował mnie w znacznej części i pozwolił mi iść przez życie na sportowo. Od tego czasu nigdy nie przerwałem biegania na dłużej niż dwa - trzy tygodnie i z koszykarza stałem się dojrzałym długodystansowcem, który zawsze znalazł czas na bieganie. Nie zawsze miałem odwagę stanąć na starcie maratonu, ponieważ wcześniej przekonałem się, że do tego dystansu należy mieć szacunek i specjalnie się przygotować. Do dzisiaj przebiegłem jedynie 9 klasycznych maratonów. Ale to mnie nie martwi, bo po 30 latach biegania mam jeszcze wielki apetyt na tego typu aktywność i nie jestem wypalony. Pomimo tego, że w Nowy Rok (2009) przejdę do kategorii biegaczy M50, to ostatnie starty na krótszych dystansach (głównie 10 km - czas 44 minuty) napawają mnie optymizmem i być może wrócę jeszcze do naprawdę długiego biegania.


Józef Maciej Brzezina