Przez Piekło do Nieba - Sielpia 2009. Rafał Milczarek


16 maj. Godzina 8 rano. To czas przedstartu dla prawdziwych śmiałków zdecydowanych podjąć się ,,morderczej próby' na magicznym dystansie ponad 42000 metrów. Mowa tu będzie o bardzo specyficznym biegu organizowanym już po raz czwarty na Ziemi Koneckiej w Sielpi . Niebiański klimat, sosnowe lasy, sztuczne jeziorko.

Na pierwszy rzut oka nikt ze zwykłych śmiertelników nie podejrzewałby, że w pobliskich lasach rozgrywa się istna walka z ludzkimi słabościami. Wojtek Pasek Dyrektor biegu powitał nas jak zwykle serdecznie. Ucieszyliśmy się, że będziemy mieli możliwość pobiec po raz enty w tak niezwykłej imprezie.
























Warto wspomnieć, że Zenon Muszyński już po raz trzeci zaszczyca ten maraton swoją obecnością. Zupełnym debiutantem okazał się natomiast prawdziwy ,,twardziel' klubowy Krzysiu Orzechowski, który przełamuje kolejne bariery ludzkiej wytrzymałości. Karol Goch to kolejny uczestnik z grona Aktywnych. To jego drugi maraton. Rafał Milczarek postanowił pomścić zeszłoroczny występ. Rok temu pokonała go trasa i doskwierający upał.

Podczas gdy Zenek i Krzysztof od godziny zmagali się z dystansem maratońskim Rafał i Karol wymieniali się spostrzeżeniami w jaki sposób rozegrać bieg. Nie od dziś wiadomo, że planowanie czegokolwiek w maratonach nie ma najmniejszego sensu.

Każdy z Aktywnych miał swoje małe ambicje które planował zrealizować w biegu. Pogoda dopisała. Był przyjemny zefirek a temperatura oscylowała w granicach 15 stopni. O godzinie 9 nastąpił start reszty zawodników.

Trasa liczyła trzy okrążenia . Każde z nich miało 14 kilometrów plus dobieg 195 metrów. Na pierwszym kółku wykrystalizowała się ścisła czołówka. Faworyci i najwięksi twardziele. Pierwsze kilometry bardzo mocno rozpoczął Karol wyraźnie odbiegając od reszty Aktywnych. Kolejne kilometry i oczekiwanie na pierwszy kryzys.

Był to mój pierwszy maraton w którym nie odczułem tak mocno przysłowiowej ,,ściany'. W każdym maratonie żelazną zasadą jest trzymanie założonego wcześniej tempa. Jeśli wytrwamy w tym postanowieniu wówczas jest większa szansa na skończenie biegu w lepszej kondycji. Realizowałem swój plan. Początkowo był wręcz trucht . Coś na granicy sześciu minut . Trzeba wsiąść pod uwagę profil trasy. Monotonność podbiegów. Szutrowe zbiegi. Nierówna nawierzchnia. Kształtuje się tu nam trasa klasycznego crossu. A wiadomo ,że jak cross to i większe cierpienie. Przypomina się boleśnie studiowanie abecadła treningu biegacza. Szkoła podbiegów. Bez niej ani rusz. Nie zabierajmy się za maratony.

Na trasie wielu długodystansowców. Większość z nich ma na liczniku dziesiątki 42-dwu kilometrówek. Podziwiam ich. Hart ducha, waleczność i towarzyszący im uśmiech. Tylko pozazdrościć. Wracamy powoli na trasę ,,naszego' maratonu. Druga czternastkę biegnę szybciej niż zakładałem. Wyczekuję kryzysu. A tu nic. Dobra forma. Czyżbym sam siebie miał oszukać.

Mijam kolejnych zawodników. To dobry znak. Ostatnia pętla i końcowe 14 kilometrów. Czy będzie z górki? Kryzys dościga mnie na 40 kilometrze. Ostatni kilometr biegniemy w wielkiej ulewie. Zmywa z nas zmęczenie i pot. Jesteśmy zadowoleni. Czujemy się zwycięzcami. Myślimy o kolejnych maratonach. Na szyjach wiszą dumnie pamiątkowe medale w kształcie podkowy. To było prawdziwe piekło w niebie. Za rok tu wrócimy.

Galeria zdjęć z Sielpii 2009.

R. Milczarek