WYGRAŁEM ZE SŁABOŚCIAMI. Maraton Bydgoszcz - Toruń 2009. Rafał Milczarek.


Zapamiętałem z tego maratonu przysłowiową ścianę. Walnęła we mnie z całej siły. Nawet wspaniały zefirek i temperatura w granicach 15 stopni nie uchroniła przed bolesnym w skutkach kryzysem.
W maratonach już tak to bywa, że ten kto nie przeżyje mękę na jego końcowym odcinku ten tak naprawdę nie stanie się prawdziwym ,,wilkiem asfaltu". Pokazały się i łzy. Pot smakował wyjątkowo źle. Ciężko było przełknąć ślinę. Plan miałem ambitny. Chciałem pobiec w granicach 3:40 co jak na ten dystans jest przyzwoitym wynikiem.
Grupa ponad 1200 biegaczy ruszyła jak to zwykle bywa z impetem. Większość nie zdając sobie z prawy z powagi maratonu. Ja ulokowałem się tuż za ,,zającem" dyktującym tempo na równe 4 godziny. Bieg miałem ułożony w głowie. Kilometr po kilometrze. Metr po metrze. Po dziesięciu tysiącach metrach ,,zerwałem " się z granicy 4 godzin i puściłem się w pogoń za zającem na czas 3;45. I to był wielki błąd.
Zaserwowałem sobie na własne życzenie długie umieranie. Pierwszą dwudziestkę przeleciałem bezproblemowo. To znaczy bez utraty ,,zdrowia". Przerost formy nad materią. Chciwość i pażerność. Płonne marzenia spaliły mnie na 34 kilometrze. Ponad ośmiokilometrowy dystans jaki dzielił mnie od upragnionej mety przypominał drogę cierniową. Organizatorzy postarali się o dodatkową atrakcję w postaci mozolnego podbiegu aż po sam finisz. Istne biegowe Mout Ventoux. Prawdziwy kataklizm nastąpił na 37 kilometrze. To już nie był bieg tylko powłóczenie dolnymi kończynami.
Tempo dyktował nieustający wiatr. Im bliżej ,,nieba" tym ciężej. Teraz w głowie miałem już tylko przełamanie bariery ,,dziadkowych" czterech godzin. Jak trwoga to do Pana Boga. Modlitwy chyba poskutkowały i wyniosły mnie niemal pod samą metę. Obserwowałem nieustannie czas na stoperze. Tempo na kilometr nie było oszałamiające. Wyszło coś około pięciu minut i czterdziestu sekund na kilometr. Mój wolny bieg przemienił się w trucht.
Tragedia w trech aktach. Zablokowało mi cały organizm. Jakbym miał na sobie dodatkowo doczepiny balast. Byłem jak balon ziejący ogniem nie mogący się unieść. Ujrzałem Wisłę i Bulwar Filadelfijski. Ktoś z przechodniów krzyknął w moją stronę - ,,Jeszcze tylko 600 metrów ale cały czas pod górę"..Czułem i słyszałem okrzyki tłumu zgromadzonego wzdłuż mety.
Teraz tylko zafiniszować. 200 metrów. Poczułem ulgę. Wielki Pan Profesor Maraton bardzo mnie skarcił. Nauczył dodatkowej pokory ...i cierpliwości.
Myślami jestem już przy następnej morderczej próbie na dystansie 42,195 w Ostrowie Wielkopolskim. Wybieram się tam z innym ,,twardzielem" Zenkiem Muszyńskim.

Rafał Milczarek KM "Aktywni" Sochaczew.